Św. Mikołaj 2022.

Kiedy wystartowałam z blogiem, początkowo na portalu Altergothic, nie miałam zielonego pojęcia, jak to się wszystko potoczy.
Z jakim spotkam się odzewem, z jak licznym i jakiego rodzaju.
Nie miałam pojęcia, kto tak naprawdę będzie czytał te wszystkie moje notki, czy nazwie je słownymi wysrywami czy potraktuje jak nadprzyrodzoną mądrość 😉
Czy będzie do nich wracał, czy po przeczytaniu jednego wpisu przewróci oczami i powie „a spierdalaj, babo….”
W zasadzie byłam pewna tylko jednego – pisanie jest czymś, co kocham, na taką możliwość wypowiedzi czekałam całe życie i na bank nie odpuszczę w razie jakichś przeciwności losu.
A przeciwności oczywiście się pojawiły, a jakże 😛
Dorobiłam się bowiem hejterów – takich jednorazowych, co raz oplują słownie i znikną, ale także, jak wiecie, jednego długofalowego, ale ten coś ostatnio zamilkł, biedaczek, ojej, aż za nim zatęskniłam 😛
Pojawiła się jednak grupa fanów, miód na mojej serce i duszę 💙
I to nie tylko znajomych, realnych i internetowych, fejsowych itp.
Mówię o zupełnie obcych osobach, które na mojego bloga natrafiły przypadkiem, przeczytały jeden wpis i drugi, a potem wypatrywały następnych, bo polubiły moją pisaninę i mnie samą. 💙
Zdarzały się takie nawet, które po przeczytaniu kilku notek zrobiły sobie powtórkę z mojego życia i przeczytały wszystkie wpisy wstecz, aż do pierwszego z 2009r. 💙
Niektórzy z wiernych fanów mojego bloga pracowicie komentują każdy mój wpis, inni od czasu do czasu zostawiają odpowiedź na fejsie lub piszą maila. Szczerego, ciepłego maila, ja odpowiadam i tak sobie fajnie gadamy 💙
I o takiej osobie właśnie chciałabym wspomnieć 💙
Bo B. stała się dla mnie kimś znacznie więcej, niż fanką mojego bloga 💙.
To szczery, mądry, ciepły i dobry człowiek.
Takiego człowieka chciałoby się mieć za przyjaciela.
Człowiek, którego lubisz, choć nigdy nie widziałeś go na żywo.
No i przy okazji – człowiek święty Mikołaj 😛

I tak dotarłam do meritum – ktoś z Was był tak grzeczny w tym roku, że już dostał mikołajowy prezent?
Bo ja dostałam, choć z tą grzecznością bywało różnie. 😛

Oto więc fotorelacja z rozpakowywania mikołajowego prezentu 😛

Jeju, jak ślicznie zapakowane! Aż szkoda rozrywać ten ozdobny papier 💙
Łooooo jakie tu skarby!
Ależ mi słodko! 🙂

No i teraz muszę chyba zanieść wszystko do zaprzyjaźnionych sąsiadów, żeby mi wydzielali jedną tabliczkę czekolady na tydzień, bo się pochoruję z przejedzenia 😀

A mitenki pasują idealnie i już nie mogę się doczekać okazji, by je założyć 💙

Ogromniaste dzięki, Beatko! 💙

Więcej w tej kategorii: https://drzoanna.wordpress.com/category/blog-spis-tresci/

Reklama

DIGITAL RIOT // alt goth industrial rock metal // 25.11 // Classic Rock Club.

https://www.facebook.com/events/3661139514119343?active_tab=about

Jest sobota 26 listopada, wczesny ranek 14:18. 😛
Udało mi się zwlec z wyra, choć jednak mam wrażenie, że większa część mnie, z mózgiem włącznie, została pod milusią kołderką.
Ale wzmocniona wiadrem kawy i solidnym śniadaniem zbieram się do walki z prozą życia i do opowieści o wczorajszej imprezie w Classic Rocku.

Można by rzec, że ponura i mglista listopadowa szarość sprzyjała gotycko-industrialnym klimatom w klubie a imprezowe odgłosy wraz z muzyką niosły się rozkosznym echem wśród tej mgły i wilgoci opustoszałych ulic. Starczyło zejść po schodkach i otworzyć klubowe drzwi, by niewidzialna, Toxicowa dłoń objęła Cię przyjaźnie i poprowadziła do gościnnego wnętrza.


Do dawno nie widzianych przyjaciół i znajomych:

Pa jaki mam tatuaż! ❤

Bo niektórzy świętują urodziny ❤


Plasiam, Karmelek bez głowy 😛

Do życzliwego i przyjaznego gościom baru, kuszącego Czarnym Kozłem i Czerwonym Książęcym, 200% przyjemności 🙂

I wciąż czule obejmując zaprowadziła na parkiet:



SAMSUNG CAMERA PICTURES

Na koniec – gorące uściski dla dziewczyny, którą wypatrzyłam w drodze z parkietu do stolika, siedzącą nieruchomo i ze spuszczoną głową, wciąż w tym samym miejscu, na ławie pod ścianą… wydała mi się smutna, więc podeszłam i zapytałam, dotykając delikatnie jej ramienia, czy wszystko ok, czy w porządku?
Ona, zapewniając mnie, że tak, oczywiście, wsio ok, tylko zasłuchała się i zamyśliła – tak ogromnie się ucieszyła, że zauważyłam, podeszłam i zapytałam, a mnie z kolei cieszyło to, że nic złego się nie dzieje, że to tylko muzyka…
I tylko sobie myślę, że na podobnych imprezach, w podobnych miejscach i nie tylko – warto mieć otwarte oczy, bo tym razem nie, ale kto wie, czy kiedyś nie spotkamy tam kogoś, kto będzie potrzebował naszej pomocy.

I jeszcze raz, najszczerzej, przepraszam długowłosą blondynkę, z którą zderzyłam się w okolicy baru. Ona w półobrocie z pokalem pełnym piwa, ja w biegu z aparatem na parkiet, bo DIARY! Większość piwa wylądowała na mojej twarzy, irokezie i rękawie bluzki, ale ona też oberwała, cała stylówa ociekała pianą. Zasypywałyśmy się nawzajem słowami przeprosin, choć to zderzenie ewidentnie było moją winą. Zapach piwa szczęśliwie szybko się ulotnił a mój turkusowy fryz jedynie się usztywnił, co wyszło mu na zdrowie.
Mam nadzieję, że Blond Nieznajoma już mi wybaczyła, a szkody się wysuszyły i poszły w niepamięć 🙂

Ogromniaste dzięki dla obu Toxiców za to, że wciąż im się chce, że eventy przez nich organizowane nieustająco trzymają poziom a muzyka wciąż kusi, coby powywijać na parkiecie ❤
Dla Classic Rock Clubu – że polubił naszą gotycko-elektroniczno-metalową gromadkę, wciąż nas zaprasza i o nas dba ❤
Dla Kochanego Baru, dosypującego mi lodu do piwa bez ograniczeń ❤
I dla przemiłej Szklankowej, walczącej dzielnie ze stolikowym i kibelkowym bałaganem, którego czasem narobimy i za który szczerze przepraszamy <3.

http://www.facebook.com/toxiktwinz

http://www.instagram.com/toxiktwinz

http://www.facebook.com/Classic-Rock-Club-Krak%C3%B3w-104410314856664

http://www.instagram.com/classicrockclub.krakow

Plakat: Peter Wolf

http://www.facebook.com/PK.MaxiM

http://www.instagram.com/maxim_crc

W epilogu super profesjonalna kibelkowa sesja selfiakowa 😀

😀 😀 😀 😀 😀 😀 😀

Więcej w tej kategorii: https://drzoanna.wordpress.com/category/imprezy-spis-tresci/

Czarny transfer, czyli marzenie nr 3.

Gdyby ktoś kazał mi wybrać kolor transferu, który najmocniej chwyta mnie za serce – to rozłożyłabym łapy bezradnie.
Kiedyś sądziłam, że flow blue, ever and forever, dziś już nie jestem taka pewna wcale.
Najpierw doceniłam uroki pływającego fioletu i brązu (pamiętacie ten mój wyhaczowy serwis od Amberg?) a potem przyszła kolej na czarny.
Czarny transfer z natury rzeczy wygląda staro, antycznie – i to mi się podoba, to mnie bierze, w odróżnieniu od facetów, ale nie o tym chciałam 😛
Na mojej półce z przedmiotami z czarnym dekorem wykonanym techniką transferową goszczą już talerze:

——————————

——————————–

duo Schramberg
https://drzoanna2.wordpress.com/2021/12/28/schramberg-i-davenport/

filiżanka J.B. Capellemans&Smith:

i teryna „Nemrod” Sarreguemines, https://drzoanna.wordpress.com/2018/08/14/patera-sygnowana-nemrod/

Od dawna więc marzyłam o dzbanku.
No i bach! Marzenie się ziściło 🙂 I to w 200%, ponieważ trafiłam na dzban-olbrzym, dzban-gigant, największy z wszystkich dotychczas posiadanych. Grubaśny i wysoki na 28 cm.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że to wczesny V&B, czyli 1 połowa 19 wieku.

https://www.catawiki.com/en/l/4723431-villeroy-boch-vaudrevangen-kaffeekanne

http://saarland.digicult-museen.net/objekte/10211

http://saarland.digicult-museen.net/objekte/10212

A transfer powala po prostu, sceny myśliwskie zostały pokazane super-drobiazgowo, szczegółom i szczególikom można przyglądać się godzinami.

Szkliwo jest bardzo błyszczące, dlatego trudno było wykonać zdjęcia tak, by uniknąć odbić światła.

Spory ubytek na kołnierzu dzbana uzupełniono kawałkiem blachy i ta staranna naprawa jeszcze dodaje, moim zdaniem, wartości obiektowi, jest bowiem świadectwem wzruszającej dbałości o piękny przedmiot jak również interesującym przykładem ówczesnych technik likwidacji uszkodzeń.

Tak prezentuje się to cudo już u mnie w domu:


I na półce z pozostałymi „czarnuchami” 🙂


Zdjęcia niepodpisane pochodzą z posta sprzedażowego Pani Beaty B. 💙

Więcej z tej kategorii: https://drzoanna.wordpress.com/category/porcelana/

Żabka.

Zakupy w pobliskiej Żabce robię od zawsze. Jest tylko parę kroków dalej, niż osiedlowy Lewek i odkąd pamiętam ratowała mi tyłek w weekendy, ale i w dnie powszednie, gdy dopiero po 22giej zauważałam brak pieczywa, piwa czy płynu do kąpieli.
Jasne, odkąd się wprowadziłam do Krk i zamieszkałam na Ludwinowie lista moich ulubionych=najbliższych sklepów nieco ewoluowała.
A zawsze wybierałam te najbliższe, bo brak samochodu oznaczałby wędrówki z ciężkimi siatami ulicami mojego miasta, a to nie należy do moich ukochanych zajęć.
Na początku podstawowe zakupy spożywcze robiłam w pawiloniku na rogu, ale zmienił się w sklep z urządzeniami chłodniczymi czy coś.
Potem, przez parę lat, zaraz na prawo po wyjściu z przechodki działał warzywniak z asortymentem poszerzonym o bułki i nabiał, o ile pamiętam.
Przez parę lat z okien widziałam Biedronkę, ale w miarę przybywania bloków czy nawet osiedli, Biedronka powędrowała aż za Mateczny, na szczęście szybko niemal w tym samym miejscu pojawił się Lewiatan.
Szybko zaprzyjaźniłam się i ze sklepem i z przemiłą obsługą, dziewczyny się zmieniały, ale na ich miejsce przychodziły kolejne, przekochane, przeuprzejme, serdeczne i uczynne. Zostawić mi pudełko pysznych, domowych ruskich czy kilka kawałków panierowanego mintaja, żebym wpadłszy tuż przed zamknięciem nie wróciła do domu z pustymi rękami? Nie ma sprawy! Uprzedzić półgłosem, że ta sałatka to z przedwczoraj, więc może skuszę się na coś innego? Zawsze!
Kiedy, po przerwie, zaczęłam znowu pojawiać się w sklepie, ale opuchnięta od sterydów, bez rzęs i brwi, z chustką na głowie, to spotkało mnie morze, wprost ocean współczucia i życzliwości.
Dowiedziałam się od razu, jak bardzo się martwiły tym moim zniknięciem, myślały, że może się wyprowadziłam – ale tak nagle?
I przez wszystkie następne tygodnie, na każdym kroku, każda z tych cudownych kobiet, każda, co do jednej, zagadywała – jak się czuję, wypytywały o chemię, czy już koniec, o skutki naświetlań, o szczegóły rehabilitacji… razem ze mną cieszyły się z pierwszych włosów, tego puszku na głowie, który pokazywałam odchylając turban.
Ileż było gratulacji, gdy po raz pierwszy przyszłam bez nakrycia głowy. Gdy wracałam z pierwszych postrzyżyn, potem z pierwszym turkusem na głowie – od razu biegłam pokazać się dziewczynom z Lewka i do tej pory mam w nich wierne fanki moich szalonych fryzur.
Do obecnego personelu dołączyło kilka męskich rodzynków, to równie sympatyczne i życzliwe chłopaki.


Obsada pobliskiej Żabki jest znacznie mniej liczna, a w godzinach, gdy się najczęściej pojawiam, czyli wpadam tuż przed zamknięciem, urzęduje samotnie Pan Kierownik.
Muszę przyznać, że zawsze darzyłam go ogromną sympatią, ceniąc za serdeczność, prostolinijność, a także za poglądy, życiowe i polityczne, które ujawniał chętnie, zawsze skory do pogawędek. Zdarzało mu się dopytać przy kasie, czy na pewno chciałam kupić to jeżynowe piwo, a ja aż podskakiwałam z przerażenia, bo piw smakowych nie cierpię, to znalazło się w moim koszyku tylko dzięki podobieństwu puszki do mojego ulubionego 🙂 Żartobliwie ostrzegał też przed nieświeżym pieczywem (czy planuje pani wbijać nim gwoździe?)
W równie przyjazny jak w Lewku sposób kibicował mojemu zdrowieniu i moim nowym fryzurom.
Jednak parę dni temu wydarzyło się coś, co spowodowało totalną zmianę w moim postrzeganiu pana K.
Pakowałam już zakupy, gdy do kasy podszedł jakiś chłopak. Nie słyszałam, o co poprosił, ale usłyszałam odpowiedź pana K.
Dziś nie sprzedajemy cigareten ani alkohol. Niet. Nicht. Nie sprzedam panu.
Zamurowało mnie.
Totalnie.
Olśniło mnie dopiero, gdy chłopak ze spuszczona głową wyszedł ze sklepu.
-To był Ukrainiec? Tak?
-Nie wiem, Ukrainiec czy Ruski, ja ich tam nie rozróżniam.
Kolejny zonk.
-Ale co Pan mówi, dlaczego tak, przecież jest wojna i to ogromna różnica…
Pan K. mi przerwał:
-Wojna nie-wojna, nieważne… i dalej coś o pracownikach z Ukrainy i fatalnych z nimi doświadczeniach.
-Ale to przecież pojedynczy ludzie, nawet, jeśli coś nie wyszło we współpracy to nie można generalizować…
I znowu pan K. wpada mi w słowo, że nieprawda, że „oni wszyscy„, każdy, roszczeniowi, nieuczciwi, same najgorsze rzeczy. Taki naród.
Ja próbuję o swoich doświadczeniach, o poznanych przez siebie rodzinach ukraińskich – pan coś o wyjątkach potwierdzających regułę.
I wtedy zdałam sobie sprawę z absurdu sytuacji.
Sprzedawca odmówił obsługi klientowi, ponieważ był niezadowolony z pracowników pochodzących z tego samego kraju. Nawet niekoniecznie z tego samego, bo „on ich tam nie rozróżnia„.
I to jeszcze klientowi z kraju, stawiającego bohaterski opór w nierównej walce z najeźdźcą. Z kraju, w pomoc któremu jest zaangażowany niemal cały świat, ja, Ty, większość moich znajomych.
Może ten ukraiński chłopak ma rodzinę w Charkowie czy Izium, może stracił bliskich.
I zrobiło mi się strasznie głupio.
Pożegnałam się szybko i wyszłam, lecz choć rozglądałam się bacznie, chłopaka nie wypatrzyłam. Chciałam go przeprosić za tamtego gościa, zapewnić, że większość Polaków myśli inaczej i jest Ukraińcom życzliwa. Może poszedł naprzeciwko, do całodobowego, tam na bank dostanie fajki i alko. Do całodobowego, gdzie i ja pewnie będę teraz zaglądać.
Bo w tej Żabce już zakupów nie zrobię.
Nigdy never.
Lecz mimo tego postanowienia niesmak pozostał.
I złość na siebie.
Że nie zareagowałam szybciej, od razu, jeszcze przy tym chłopaku.
Że dobitniej nie powiedziałam panu K. co myślę o jego zachowaniu.
Wstydzę się swojego nieogarnięcia i braku refleksu.
I braku stanowczości.
Że pozwoliłam się zagadać, ja, tak zazwyczaj mocna w gębie.
Że nie potrafiłam być ostra, bezpardonowa, twarda.
Nieprzejednana.
Że nie wykrzyczałam mu w twarz słów, które słyszę teraz w głowie nieustannie i niepotrzebnie, bo pojawiły się w niej za późno.

Więcej w tej kategorii: https://drzoanna.wordpress.com/category/felietony-spis-tresci/

Heilung + Lili Refrain / 2 XI 2022 / Kraków/ ICE.

Bilet na Heilung dostałam w prezencie.
Serio serio.
Nawet, jak się jest tak zajebistą, jak ja, to taki wypasiony prezent zaskakuje.
Bo to nie od narzeczonego, nie składkowy od grupy znajomych – ale od zaprzyjaźnionej pary. Rozumiem, dziewczyna przychodziła do mnie na korki z matematyki od 5 klasy podstawówki do matury, ale nie męczyłam się z nią jakoś szczególnie, wręcz przeciwnie, zajęcia z Madzią uwielbiałam całym swoim czarnym serduszkiem i teraz ogromnie mi ich brakuje.
O swoich metodach dydaktycznych trochę wstydzę się opowiadać tak publicznie, ale jak się ktoś postara, to znajdzie na blogu. Najważniejsze, że poskutkowały.
Madziunia wyszła za długowłosego blondyna – więc, że jego także uwielbiam rozumie się samo przez się.
A w kontekście biletów na Heilung, składania i wieszania półek z Ikei oraz zapraszania na najlepszą w Krakowie pizzę moje uwielbienie sięga chmur.
Na biletach stało, że 15 rząd coś tam coś tam, ale byłam pewna, że ledwo zgasną światła, albo i wcześniej, ja z tych emeryckich miękkich krzesełek wypruję na płytę i zdziwiłam się ostro, gdy pokazało się, że w krakowskim ICE płyty niet. Rzędy fotelików sięgają aż pod scenę.
Więcej nawet, gdy Heilung rozgościł się już na scenie i kilka osób próbowało chyłkiem podejść bliżej – to grzeczni ale zdecydowani ochroniarze zawrócili ich z powrotem, niestety .
Cały więc koncert przegibałam się na fotelu, machając turkusowym irokezem i przytupując do rytmu i spoglądałam zazdrośnie na kilka słownie osób na wysokich galeryjkach, które zdecydowały się wstać i tańczyć do Heilungowych utworów. W 15 rzędzie parteru nie było na to szans, na fotki także.
Z takiej odległości, na maksymalnym zoomie, efekt moich trzęsących się łap zwielokrotniał się do tego stopnia, że z wykonanych 300 do publikacji nadaje się zaledwie kilkanaście, i to przy sporej dozie wyrozumiałości 😉
Ale przynajmniej mogłam skupić się na muzyce, na przeżywaniu tego swoistego dźwiękowego i scenicznego misterium, które rozgrywało się na moich oczach i w mojej duszy dzięki Heilung i supportującej Lili Refrain.
O istnieniu Heilung dowiedziałam się w zabawny sposób.
3 dni przed Wigilią 2019 dowiedziałam się, że mam raka, oficjalne wyniki miały byc tuż po Nowym Roku, ale lekarz wykonujący mammo i biopsję powiedział, że na 99,9%. Dlatego postanowiłam spędzić wigilijny wieczór z rodziną, z siostrą, z którą dopiero co odnowiłyśmy kontakty po 20 latach milczenia. No bo wiecie, może to moja ostatnia Wigilia i takie tam. I tak, jak jestem osoba niewierzącą – tak dla mnie dzielenie się opłatkiem ma wymiar symboliczny, nie religijny a raczej duchowy, tym bardziej istotny ze względu na wieloletni brak siostry w moim życiu.
Ale, jak to ja, pojechałam cała na czarno, w ukochanym tiszertcie Lacrimosy i oczojebnie fioletowej bluzie z „Gnijącą Panną Młodą” Burtona 😛
Natomiast młodszy syn mojej siostry wystąpił w koszulce Heilung, oczywiście też w ramach tradycji 😛
I to od niego dowiedziałam się o istnieniu tej niesamowitej grupy i równie niesamowitej muzyki, która od tego czasu regularnie gościła w moim odtwarzaczu.
Nie udało mi się niestety wypatrzeć Filipa przed koncertem w ICku, ale trafiłam na Gosię Cz i Tymka. Rozpoznałam też pewną blondynkę i już miałam lecieć ją ściskać, ale nie byłam pewna, skąd ją znam. Czy z imprez czy tylko z sieci, a może to moja była uczennica albo gwiazda seriali… nie zaryzykowałam więc, nie chciałam, żeby znowu wyszło jak z Kingą M. 😛
Potem przez kwadrans szukałyśmy się z Madziunią i jej lubym, ona zdążyła 3 razy zadzwonić, prosząc o jakieś namiary, gdzie stoję, jakieś charakterystyczne punkty obok, a ja ze spokojem relacjonowałam, że opieram sie o białe schody (jest takich w ICE kupa, jak się potem dowiedziałam) przed sobą mam białą kolumnę i główne wejście (tych głównych wejść też było kilka) dodałam więc, że widzę wokół mnóstwo ludzi na czarno i z charakterystycznymi Heilungowymi makijażami, o jest laska w białych rogach, o, jakaś ruda… eeee , to nie Ty… i wyłyśmy ze śmiechu jak za starych korepetycyjnych czasów.

Lili Refrain:




Heilung:










I w tym momencie, nagle i zaskakująco się zaczęło 🙂 Jeden z członków Heilungowej ekipy zbiegł ze sceny i pomknął między rzędami fotelików w głąb widowni. Zdążyłam cyknąć fotę, sory za jakość, ale to były sekundy.

Mam wrażenie, że wszyscy wstrzymali oddech 🙂 A on za moment wrócił, ale nie sam, z kilkoma osobami, wśród nich był ten chłopak, który już próbował, ale ochrona go zawróciła 🙂 Za moment zaczęli dołączać kolejni, wstawali z tych emeryckich krzesełek i zbiegali w dół, gromadząc się pod sceną i tańcząc, skacząc, klaszcząc, krzycząc w rytmie tej niesamowitej muzy, do tego hipnotyzującego rytmu…

Japierdole, ależ to była chwila!!!! Ależ to był mega zajebisty moment, emocje wręcz rozsadzały salę, moje i te wszystkich obok, zlewały się w jedno i tak zjednoczone wybuchały, w jednym wspólnym hiper wybuchu. Czy skakałeś klaszcząc pod sceną, czy tylko wstałeś z fotela i tu uderzałeś łapą o łapę z całych sił… czuło się wręcz, jak szalona fala emocji porywa i unosi wszystkich obecnych w ICE nad podłogę, nad rzędy tych dziaderskich krzesełek i tak wznosimy się wyżej i wyżej, do muzycznego nieba…

Przyznam, że sama nie wiem, czy dotrwałam do końca stojąc, czy ktokolwiek usiadł jeszcze, czy finał obejrzeliśmy stojąc w zachwyceniu…

A na scenie, powolutku, Heilung przykręcał kurek emocji, rytm się uspokajał, zwalniał, muzyka cichła…

———————————-

Przepraszam, że moja opowieść o koncercie mieści w sobie tak mało opowieści o koncercie. Więc na koniec trochę bardziej w temacie:

Wstrząsająca jakość nagłośnienia. Osoba chadzająca na metalowe koncerty do Studia, Kwadratu czy Zaścianka doznała szoku, że dźwięk może brzmieć tak krystalicznie czysto i selektywnie. Żadnych szumów, żadnych zakłóceń, wyrazisty, idealny, ze starannie wyregulowana siłą.
No i ten Heilungowy pogański obrządek, tajemniczy rytuał, mistyczne widowisko, niesamowicie działające na wyobraźnię. Hipnotyzujący rytm i cała warstwa muzyczna.
Niesamowite, hipnotyzujące przeżycie.
Więc z całego serca polecam tego allegrowicza 😀

Więcej w tej kategorii: https://drzoanna.wordpress.com/category/koncerty-spis-tresci/

Diary of Dreams, Wiatrak, czyli koncert marzeń.

https://www.facebook.com/events/578814379607694/?active_tab=discussion

Diary to kapela, która w moim sercu zajmuje drugie miejsce, tuż po Lacrimosie, czasem nawet mam wrażenie, że jest to 1 miejsce ex aequo. Nigdy jednak nie udało mi się widzieć ich występu na żywo, tak się bowiem składa nieszczęśliwie, że ani razu w swojej długiej karierze nie grali w Krakowie, w odróżnieniu od Lacri.
A ja na koncerty nie jeżdżę.
Z powodu przeżytej traumy i powstałych na jej skutek lęków, jakikolwiek wyjazd jest dla mnie nie do przejścia, że o nocowaniu poza domem nie wspomnę.
Tu absolutnej konieczności nocowania nie było, ale i tak. Dodajmy do tego zupełnie racjonalne powody, jak choćby uroki powrotu z odległego miasta w środku nocy, gdy się jest samotną kobietą bez auta.
Przyznam więc, że nawet nie rozważałam możliwości wybrania się na koncert w Zabrzu, pozostawał on jedynie w ścisłej czołówce, w zasadzie w trójce marzeń do spełnienia, zanim odejdę z tego pieprzonego padołu.
Jednak w moim życiu wiele cudownych wydarzeń zawdzięczam przypadkowi, czy raczej absolutnie cudownym zbiegom okoliczności. Dodam jeszcze, że 2 z tych 3 marzeń spełniły się w totalnie magiczny sposób w ciągu tygodnia przed koncertem, jednak tego, że to trzecie też do nich dołączy, za cholere bym się nie spodziewała.
Zaczęło się od ucznia, który odwołał zajęcia i powstałą w ten sposób wolną chwilę wykorzystałam na wyprawę do Ikei po nową półkę na rozrastającą się kolekcję porcelany. Potem był rozpaczliwy anons na fb, błagam, pomóżcie, bo moje dwie lewe ręce ze złożeniem sobie nie poradzą i odpowiedź Łukasza, że jak coś, to on chętnie.
Podczas składania luźne ploteczki, opowiastki i nagle – BACH! Łukaszowe, że za kilka dni koncert Diary i że jadą, z Izą, autem. Tu nastąpił wybuch moich szalonych emocji i odpowiedź Łukasza, że w samochodzie znajdzie się miejsce i dla mnie. Wybuch szalonych emocji do siedemnastej potęgi.
No bo, kurna, jadę na Diary of Dreams!!!!!!
Litościwie pominę opowieść o wszystkim, co działo się w moim sercu przez te kilka dni poprzedzające godzinę 0, o nieprzespanych nocach, wariującym żołądku, połowie szafy rozłożonej i porozwieszanej po całym mieszkaniu, by wybrać wreszcie tę jedyną i najlepszą stylówę.
Aby zobrazować wam stan mojego ducha wkleję jedynie rozmowę z moim najlepszym przyjacielem, na kilka minut przed Wielkim Wyjściem:

Wiatrak zrobił na mnie niesamowicie pozytywne wrażenie, co tu gadać, po prostu się nim zachwyciłam. Sam monumentalny kształt budowli z zewnątrz i jej wnętrze, te ogromne, zachowane legary, oświetlenie – rewelka. I to industrialne pustkowie wokoło, plus krzaczory z prawej – super klimatyczne. Żaden klub czy koncertownia w Krk nie może się z nim równać.
Absolutnie.
Dodajmy jeszcze (jak się później okazało) fantastyczne nagłośnienie, brzmienie było wprost idealne, żadnej tam ściany huczącego dźwięku, wokal i instrumenty były słyszalne bardzo wyraźnie i dokładnie.
Plus 2 doskonale zaopatrzone bary (2 z moich najulubieńszych piw, nojaniemoge!) miejsca siedzące i ławy po bokach, wystarczająca ilość kibelków a w każdym zapas mięciutkiej, kolorowej srajtaśmy – luksusy, panie, luksusy!

I przemiła obsługa – od barmanów po Panów Wpuszczających, najgorętsze pozdro dla Pana z siwą bródką 💙 (była chwila nieporozumienia w sprawie wnoszenia butelek z wodą, ale szybko to wyjaśniono)
A Pana zapamiętam. 💙
Gdy podczas wymiany żarcików wypatrzył za moimi plecami chłopaka o kulach i towarzyszącą mu dziewczynę z wózkiem, przeprosił mnie i błyskawicznie ruszył z pomocą.
Dużo później, widząc mnie, z szerokim uśmiechem zapewnił, że na pewno „wyjdą” do zdjęć i do autografów, że zawsze wychodzą, na bank.
Ale postarajmy się zachować chronologię wydarzeń, choć przy takim szale euforii i doznań wszelakich nie będzie to łatwe.
Dlatego też nie zdam wam relacji, chwilę po chwili, kwadrans po kwadransie, utwór po utworze, z całego przebiegu koncertu.
Przy odrobinie wysiłku poskładacie go sobie do kupy z filmików wrzucanych na fejsa i na YT.

Zamiast tego opowiem wam, dlaczego kocham Diary. Co mnie rusza najbardziej w ich utworach.
To, co łapie za serce najmocniej – to cudowne harmonie utworów. Bezbłędnie skonstruowane linie melodyczne, z genialnymi przejściami z dur na moll, zmianami tonacji itepe. To nie są proste, banalne melodyjki, nic z tych rzeczy. W każdej kompozycji można wyczuć solidne, klasyczne muzyczne wykształcenie Adriana Hatesa i doskonałe dopracowanie aranżacyjne.
Dodajmy jeszcze dramatyczne, wzruszające, często pełne goryczy teksty.
Moje ukochane „She and her Darkness” , „The Colors of Grey” czy ” Soul Stripper” są tego najlepszym przykładem.
I ten doskonale rozpoznawalny, transowy bit, ta akcentowana rytmika… jak tętno, jak zwolniony, regularny rytm serca.
I wokal, niesamowity, przejmujący do głębi wokal Adriana Hatesa. Cichy i delikatny, bliski szeptu – ale brzmiący jak krzyk. To tak, jakby cisza krzyczała, jakby w szepcie zawarto cały ból i dramat, wszystkie tragedie świata, rezygnację i patos równocześnie.
No i oczywiście sam Adrian, ideał męskiej urody, milion procent charyzmy i tyle samo ciepła, arcymistrz kontaktu z publiką podczas koncertów, o czym wreszcie miałam okazję się przekonać na własnej skórze.

Pierwszy, wyraźny kontakt wzrokowy z Adrianem Hatesem:



I kolejna wymiana spojrzeń plus uśmiech, fota oczywiście zjebana:



Tu, niżej, miałam Adriana na wyciągnięcie ręki, jego twarz pół metra od mojej, kucnął na samym skraju sceny i pochylił się w moim kierunku, do mnie, dla mnie… i mój debilny aparacik zrobił to:



I gdzieś w tym momencie, a może parę fotek później, Adrian zrobił to jeszcze raz, ale tym razem wychylił się z brzegu sceny w kierunku mojej wyciągniętej dłoni i ją uścisnął 💙. To trwało moment, moja łapa i jego łapa, razem. 2 sekundy później, płacząc i śmiejąc się jednocześnie, zaczęłam się rozglądać wokoło, widzieliście to, widzieliście? i roześmiane twarze znajomych i nieznajomych potakiwały, tak, tak, to zdarzyło się naprawdę.
CZY KOMUŚ UDAŁO SIĘ SFILMOWAĆ TEN MOMENT? PROSZĘ O KONTAKT 😛


Plasiam, ta fota wyszła nieco Draculowato, ale nie mogłam się powstrzymać 😛

Setlista: (dzięki, Kateryna Pasichnyk)

I wspólne fotunie (dzięki ogromniaste, Łukasz! 💙 )

Rzucam się w objęcia Adriana, do you remeber me? Handshake? Yes? (Yes!) 😀

Dukam tekst, przygotowany i przećwiczony w pamięci: It was my first concert Diary in my life. And it was my biggest dream, biggest of my life, to be in your concert. Today my dream comes true.

Na koniec gorące pozdro dla spotkanych w Wiatraku znajomych:

Dla Rybaka, omatkojedyna, ile to już lat? Kiedy ostatnio stałeś na didżejce w KocieKarola czy Kartelu?
Dla Gosi i Wojtka, którzy aż z Posen!

Dla Bagiego!
Dla Lorieny i Pawła 💙
Dla Szczura i Güntera!
Ze śmieszności – już po koncercie, w amoku szczęścia, rzuciłam się i obściskałam dziko Kingę M, osobę medialną, znaną mi tylko i wyłącznie z fejsa, z fotek z Kastla i ze wspólnymi znajomymi (Leszek, Arturo)

Gorące też pozdro dla dziewczyn z prawej przy barierkach – super się nam razem skakało!

I jeszcze jedno.
Pamiętam, jakieś 2 lata temu, w samym środku leczenia onkologicznego, świeżo po operacjach, okaleczona, z bezpowrotnie zniszczoną figurą, z której tak byłam dumna… łysa (długie za łopatki włosy też były moją dumą wcześniej)… i ktoś mnie pocieszał, że będzie dobrze, włosy odrosną – a ja tłumaczyłam, że może odrosną, ale moje życie już nigdy nie będzie takie, jak przedtem. Że nigdy już nie będę szczęśliwa. Tak jak wcześniej przyznawałam się do tego szczęścia jasno i wyraźnie to artykułowałam – tak już nigdy tych słów nie wypowiem.
Moje życie zmieniło się na zawsze.

Więc chciałabym to teraz uroczyście odszczekać.
W sobotę, w Wiatraku, pod sceną, gdy skakałam do „Butterfly: Dance„, dziko szlochałam przy „She and her darkness” i „Butterfly: Dance”, i z mokrymi oczami gibałam się do „Soul Stripper” i „AmoK„… i gdy Adrian Hates, najprzystojniejszy na świecie, najcudowniejszy Adrian pochylił się ze sceny i uścisnął moją wyciągniętą ku niemu dłoń… podczas wszystkich tych chwil byłam szczęśliwa.
Moje życie się zmieniło, to fakt – ale podczas tych wszystkich chwil byłam absolutnie i totalnie szczęśliwa.
I chyba nadal jestem 💙.
I może ktoś nazwie mnie pogardliwie „niedzielnym fanem” – ale tego szczęścia mi nie odbierze.

więcej w tej kategorii: https://drzoanna.wordpress.com/category/koncerty-spis-tresci/

———————

Moja Cleopatra.

Historia, jakich u mnie wiele – wypatrzyłam duo na allegro i zanim upłynął termin licytacji pogrzebałam trochę w necie.

Odnalazłam kilka, dość enigmatycznych informacji, obrazki – jak najbardziej, ale gorzej z opisami, ze szczegółami tyczącymi producenta i datowania… szukałam więc dalej, jednak te najważniejsze odkryłam dopiero po dotarciu przesyłki. Jej droga do mnie była daleka i trwała dłużej, niż zwykle. O tym, że wysyłka jest z Anglii doczytałam już po dokonaniu zakupu, tak, nieogar ja 😛 . Potwierdziły to maile z allegro, że wysyłka zagraniczna, że niewykluczona konieczność dopłaty, że cło i takietam. Odsyłacze do przepisów w temacie olałam – nie chciało mi się tracić drogocennego czasu na czytanie tego kurewsko długiego tekstu drobnym drukiem. Trza będzie dopłacić – to dopłacę, chuj tam, wygrałam licytację kwotą zupełnie niedużą, razem z tą całą wysyłką z zagranicy poniżej stówy, ileż ta dopłata może wynosić, parę złotych, luzik.
Przed wizytą kuriera naszykowałam sobie trochę bilonu i drobniejszych banknotów – ale i tak nie było trzeba.
Profesonalnie zapakowaną paczkę otwierałam już na luzie, praktycznie bez niepokoju, że długa droga = sporo możliwości, że spadnie, ktoś na niej usiądzie itepe.
I wsio było ok, uczciwy opis, żadnych niemiłych niespodzianek.

Te dopiero zaczęły się, gdy zaczęłam dociekać sygnowania i datowania.
Znacie mnie – łatwo się nie poddaję, jestem uparta i drobiazgowa, drążę do oporu, dniami i nocami, jak mnie coś wciągnie.
Sprzedający napisał, że wyprodukował Francis Morley i że po 1845.


Net z kolei informował, że manufaktura pod kierownictwem wyżej wymienionego pana działała krótko, do 1857-1858 mniej więcej. Ale to wcale nie musi być poprawne datowanie.
Historia manufaktury znajdującej się na Broad Street w Shelton (stąd jej nazwa Broad Street Works, względnie High Street Works, od wcześniejszej nazwy ulicy) to absolutny i totalny galimatias pokrewieństw, partnerstw, przechodzenia z rąk do rąk bliższych i dalszych członków rodziny albo wspólników.
I totalny bałagan w znakowaniu i numeracji wzorów. System, o ile można użyć tego słowa, wymyślony chyba po pijaku i grzybkach, i to sporej porcji.

Ogromną pomocą okazała się wygrzebana w necie stronka, podaję linka, może i wam się przyda przy podobnej okazji:

http://ridgwaypatternbook.org.uk/

Muszę przyznać, że autorka, Angela Grant wykonała kawał świetnej roboty. Wręcz benedyktyńskiej pracy. I nadal wykonuje, bo strona jest uzupełniana na bieżąco.
Jak pisze we wstępie: „Intencją tej witryny z biegiem czasu jest przedstawienie reprezentatywnego wyboru towarów (uszeregowanych wg numerów wzorów, przyp. mój ) różnych Ridgway i powiązanych spółek. Pomimo znacznej pracy wykonanej na stronie, nadal istnieje wiele luk, ale w miarę upływu czasu mamy nadzieję zbliżać się coraz bardziej do zamierzonego celu. Jeśli możesz dostarczyć zdjęcia, które wypełnią jakiekolwiek luki, skontaktuj się z nami.”

Angela Grant używała m.in Księgi Wzorów manufaktury z 1850 roku (czy nawet dwóch spisów). Przebiła się przez ten numeracyjny galimatias i przedstawiła wybrane wzory, do zdjęć których uzyskała dostęp, w formie czytelnych tabelek. Numer, nazwa wzoru, opis, fota. Uwzględniła zmieniający się sposób numeracji i znakowania oraz zebrała do kupy przedstawicieli każdego z tym sposobów.
Proste?
Tylko się takim wydaje 😛

Jak zwykle dla mnie sporym problemem był angielski, użyty w oryginale i naprawdę zła jakość tłumaczenia przez automatyczny translator strony.
Uwierzcie, przez wiele godzin przeskakiwałam to na angielski, to na polski i czasem chciało mi się płakać, bo wciąż nie rozumiałam.
Jasne, osobom umiejącym w angielski, czyli pewnie większości moich czytelników, mój trud i moja rozpacz wyda się zapewne dziwna i totalnie niezrozumiała, ale przysięgam, tak było.
A czego szukałam?
Zacznę od początku.
Jak macie siłę to sobie poczytajcie:

http://ridgwaypatternbook.org.uk/factories.html

Tylko w tej tabelce wszystko wydaje się takie jasne i uporządkowane:

Wystarczy wspomnieć, że zmiany oznakowania wcale nie następowały równocześnie ze zmianami właścicieli, nowy właściciel/wspólnik własne sygnatury często wprowadzał później.

http://ridgwaypatternbook.org.uk/broadst.html albo http://www.thepotteries.org/works/hanley/broad_st.htm

Dodajmy do tego ułańską fantazję i zupełny brak porządku, a czasem i logiki w numerowaniu wzorów. Dla kogoś, kto jak ja usiłuje konkretny wyrób umieścić w czasie to droga przez mękę, znaczona potem, krwią i łzami.

http://ridgwaypatternbook.org.uk/broadst.html#fm

Gdy na wyrobie brak znaku manufaktury (niezwykle często, w przypadku mojego duetu także) to przecież jedynie nr wzoru, umieszczany chronologicznie, dawałby szanse na datowanie.
Ale kurwa nie.
W interesującym mnie okresie manufaktura stosowała równolegle kilka sposobów numeracji wzorów. Równolegle – znaczy w tym samym czasie. Najczęściej było to 3 łamane przez 4cyfrową liczbę, czyli 3/xxxx
Najczęściej.
Bo w pewnym momencie zrezygnowano z tej trójki na początku. Można by pomyśleć – super, nie ma trójki, znaczy obiekt późniejszy.
Nie, ni chuja.
Bo często, gdy produkowano różne wersje kolorystyczne tego samego wzoru, wtedy zamiast początkowego 3 a oprócz pozostałej, czterocyfrowej części numeru pojawiał się numer wersji, zapisany w totalnie przypadkowym miejscu, najczęściej nabazgrany czy zamazany. Czasem tej pozostałej, 4cyfrowej części numeru nie było wcale. Po prostu kurwa super.
Dobra, przejdźmy do konkretów.
Pokażmy mój egzemplarz od spodu, zapamiętując numer wzoru, bo od niego wszystko tu zależy:

3/1554

Oto rezutaty moich poszukiwań:

http://ridgwaypatternbook.org.uk/broadst/bstea.html#rwmcleo4

Porównajmy więc: linkowane duo ma identyczny wzór trasferowy, jest jednak skromniej podmalowane. Numer czterocyforwy, bez trójki na początku.
ledwo czytelna nabazgrana cyfra 4. Jak widać jest to przykład tej wyżej opisanej praktyki.
Podrążmy 🙂

Kolorystyka mojego duetu nie pasuje do żadnej z 6 wymienionych wersji. U mnie kolor wersji podstawowej, transferowej to tzw Mulberry, czyli morwa (wiem to dzięki wielu godzinom spędzonym nad linkowanymi stronami) a do tego ręczne domalowywania w kolorach czerwonym, fuksji, żółtym, turkusowym, jasno i ciemnozielonym, jak mi się wydaje. Kształty porównywanych filiżanek także są inne.
Te 6 wersji wzoru Cleopatra zapisano w księdze wzorów z 1850 roku, jednak częstą praktyką manufaktury było nadawanie zupełnie nowego numeru, takiego „typowego” czyli z trójką na początku (3/xxxx) wzorowi o tym samym transferze, ale wzbogaconemu/zmienionemu kolorystycznie. Zupełnie więc możliwe, że wzór o numerze 3/1554 istniał równolegle z wzorami opisanymi wyżej, czyli wersjami od 1 do 6 Cleopatra.

„Francis Morley continued the practice of the previous partnership in that some named patterns that had additional colouring were not given a number in the normal series, but instead were given a number in addition to their name. So you could get „Cleopatra” No. 1 to No. 6, or „Aquatic” No. 1 to No. 5, and so on. All the patterns numbered this way appear to be on earthenware rather than stoneware bodies. Some of these printed patterns also had variants that were allocated numbers in the main series.”

Nie dojdę, który wzór powstał wcześniej, mój czy 6 wersji opisanych na stronie, fota talerzyka od dołu na omawianej stronie nie jest dostatecznie czytelna. Jestem pewna początkowego 1, i końcówki 84, ale czy to jest 1184 czy 1784 nie mam pojęcia. Na stronie nie wspomina się o 3/1554, numerze mojego duo, autorka strony pokazuje bowiem tylko te obiekty, których zdjęciami dysponuje; wynika więc z tego tylko to, że fotek obiektu o nr 3/1554 po prostu nie miała*.

Super więc. Ale czy ta trójka z przodu gwarantuje, że producentem jest Francis Morley (& Co) (czyli datowanie 1845-1858) czy niekoniecznie, może to Morley & Ashworth, albo G L Ashworth & Bros i datowanie jeszcze późniejsze?
Sygnowanie bardzo by sprawę ułatwiło, choć stosowano ich mnóstwo, różnorodnych stempli, przeróżnych wycisków.
Ale na moim duecie ich niet. Tylko numer wzoru i jego nazwa, w pięknym graficznym kształcie.

Więc może:

I tego się trzymajmy 🙂

*ale może niedługo już będzie miała? 😛

Moje foty lepiej oddają kolor transferu, niż te sprzedającego.

W necie odnalazłam jeszcze inne Cleopatry, numerowane jak główna seria, z 3 na początku: https://www.todocoleccion.net/antiguedades/plato-ceramica-francis-morley-1845-59-cleopatra-lila-pearlware-purple-plate-piramide-ruinas-flores~x174388770 tutaj 3/1585

i https://www.todocoleccion.net/antiguedades/plato-ceramica-francis-morley-1845-59-cleopatra~x324844328 a tutaj 3/1545, obie o numerach bliskich mojemu, obie przypisane F. Morley 1845 – 1859, czyli albo Morley solo, albo początki Morley i Ashworth.

Nie później.

Tak że tego 🙂

Więcej w tej kategorii: https://drzoanna.wordpress.com/category/porcelana/

Bliźniaczki z Wallerfangen.

Pamiętacie, jak pisałam o moich głównych kierunkach porcelanowych zachwytów i zakupów? Ten i kilka najbliższych moich postów będzie opowiadać o dzikiej radości spowodowanej zakupami z grupy fajansowej i choć nie zawsze będzie to flow blue, czyli dekor jak rozpływający się atrament – to i tak możecie się spodziewać 100, w porywach do 200letnich śliczności, absolutnie wyjątkowych i rzadkich.
Na pierwszy ogień – 2 maciupusie filiżanusie do mokki od Villeroy&Boch, z moim ulubionym znakowaniem, bo z czasów, gdy manufaktura działała w Wallerfangen.

Dekor o nazwie Shanghai.

Bez spodeczków, ale cena okazyjna.

No i jak się oprzeć takiemu słodkiemu maleństwu? Jakieś 4,1 cm wysokości 🙂

Czekajcie na kolejne wpisy, bo to jedynie skromna zapowiedź, malutki wstęp 😀

Więcej w tej kategorii: https://drzoanna.wordpress.com/category/porcelana/

Matematyczne opowieści.

Rok szkolny rozkręca się na dobre, a dowcipnych uczniów przybywa. Pewien maturzysta przy okazji pracy domowej opowiedział mi kawałek swojego życia.

A dokładnie było to tak: ustaliliśmy, że z wysłanego przeze mnie pliku będzie się starał wybierać zadania trudniejsze, o bardziej zaawansowanym poziomie. I chłopak tak zrobił, dodając komentarz, czy raczej opowieść o swoich rozterkach, ponieważ najpierw uznał zadanie za łatwe i chciał je pominąć, jednak po zastanowieniu je rozwiązał.

Kolejny koment opowiada o procesie myślowym podczas rozwiązywania zadania zamkniętego, w którym trzeba było wybrać jedną spośród 4 możliwości. Mój uczeń rozważył pierwszą a potem przeskoczył do tej nr 4, ponieważ 2 i 3 wyglądały podejrzanie, „nie podobały mu się„.

I kolejna relacja z jego bohaterskiej i cierpliwej walki z zadaniami:

Punkt 1 – rozpaczliwe poddanie się, „nie wiem”

punkt 2 – ocena własnego rozwiązania „mam źle”

i radosny punkt 3, iluminacja, przecież są do tego przydatne wzory!

Kolejne zadanie, kolejne natchnione objaśnienia, czyli „miałem przeczucie”.

I powiem wam na koniec, że dzięki temu chłopakowi uwielbiam poniedziałki!!!! 😀

Więcej w tej kategorii: https://drzoanna.wordpress.com/category/cytaty/cytaty-spis-tresci/

Samael + Diabolical / 9 X 2022 / Kraków.

https://www.facebook.com/events/2899365666975374

Na tegoroczny koncert Samaela wybrałam się dzięki Dorocie, głównodowodzącej w SamaelUnitedForcesPL, czyli polskim fanklubie tej kapeli.
https://www.facebook.com/SamaelUnitedForcesPL

Bo jakoś tak się poskładało, że info o nadchodzącym koncercie wcześniej do mnie nie dotarło. Ale od czego są przyjaciele ❤
Pod moją relacją z Digital Riot, elektro-industrialnego krakowskiego eventu pojawił się taki oto koment:

I tak to się zaczęło.
Dorotę zaś miałam okazję poznać na poprzednim, krakowskim koncercie Samaela, w klubie Fabryka w 2015r.

Że tamten koncert był przezajebisty i wszystko to co potem – także, ta cała szalona i dzika atmosfera wspólnego focenia wraz z moim mizernym angielskim, całusy i przytulasy i takietam różne – o tym chyba wspominać nie muszę. Zresztą luknijcie pod ten link, poczytajcie, obczajcie foty…
A jak będzie tym razem?
Przeca to mój pierwszy duży koncert od diagnozy, pierwszy po pandemii i pierwszy po chorobie, o ile słowo „po” jest do końca adekwatne 🙂
Więc wiadomka, cieszę się jak dzika, wracam do dawnego życia, do tego, co mnie cieszyło i nadal cieszy, co nadaje sens a życie przestaje być szaro-bure.
Ale czy dam radę?
Czy nie padnę jak ranny żołnierz pod sceną?
Czy nie osunę się po barierkach jak jesienny liść, by zginąć pod dziesiątkami glanów? Ach, to by była piękna śmierć, jak odchodzić – to tylko tak, kurwa…
Dobra, sorki, trochę mnie poniosła wyobraźnia 😀
Tak czy owak – bałam się o swoją formę, o zapas sił.
I to znane od lat, kurewsko napierdalające ogrzewanie w klubie.
Bo Kwadrat, jak go lubię, za dużą liczbę punktów piwnych, za wygodne miejsca do zalegania z lewej strony sceny, za sensowne miejsca na antresoli, za przestronne kibelki – tak upał i duchota, panujące tam o każdej chyba porze roku odbijają mi się zdechłą rybą.
Już szykując outfit kombinowałam, jak się ubrać, by ubrać jak najmniej 😉
Spodziewałam się dusznych tropików, ale ku mojemu zaskoczeniu, pierwszy raz w tym klubie było przewiewnie i całkiem rześko. Jasne, wraz z kolejnymi kwadransami koncertu temperatura rosła, a atmosfera się zagęszczała, jednak nazwać to upałem czy duchotą byłoby sporą przesadą.
Po niedzielnych lekcjach zdążyłam w sam raziczek, chwilę po otwarciu bram.
Z kurtką w łapie parłam do przodu – postanowiłam bowiem odpuścić szatnię i upojne chwile spędzone w kolejce do niej, cisnę ją bądź gdzie, myślałam, to moro z lumpeksu, nie firmowa ramoneska, nic jej nie będzie.
Przezornie jednak zabrałam skórzany plecak – jak go zdepczą, to przetrze się mopem i git, welurowy z Killstara mógłby takiej akcji nie przeżyć.
W drodze na 1 piętro co chwilę ściskałam się ze znajomymi, z trudem wypatrywanymi w jednolicie czarnym tłumie 🙂
Jak zwykle kierowałam kroki ku ulubionemu miejscu – do końcówki barierek przy lewej stronie sceny. I to było słuszne posunięcie – bo dokładnie tam właśnie, na skórzanych kanapach zaległa Dorota wraz ze znajomymi. Tu nastąpiły radosne przywitowywania i okrzyki dzikiego entuzjazmu, jakie zwykły czynić stateczne, nobliwe wręcz niewiasty w podobnych sytuacjach.
Dorota jak zwykle miała milion spraw do ogarnięcia, dostałam więc zwięzłe instrukcje: jak będę grzeczna i obiecam zachować należyty pandemiczny dystans, (czytaj: żadnego obściskiwania i całowania wszystkich facetów jak leci) to dostąpię zaszczytu spotkania z członkami grupy, focenie i pogaduchy. No, biorąc pod uwagę mój angielski, niemiecki i wszystkie poza polskim języki świata, mogła sobie wspomnienie o pogaduchach podarować, bo oczywistą radość na te wspólne foty przyćmiewać mi zaczęły rozpaczliwe myśli w rodzaju: jesus, jak TO powiedzieć po angielsku
Ok, dobra, zaraz się zacznie, pofociłam więc najbliższą okolicę i zajełam stanowisko bojowe.
Najbliższa okolica:

Groźni thr00metale 😛
Szymon o ksywie słodkiej jak chałwa, mianowicie Chałwa 😀

DIABOLICAL.

I gdzieś w tym momencie miły Pan Ochroniarz grzecznie mnie poprosił o wyłączenie lampy błyskowej.
Kurwa, koniec.
Przeca bez flesza nimo szans, foty nie wyjdą, mój aparacik se nie poradzi, nimo chuja we wsi. Byłam bliska płaczu.
Kombinowałam, że może gostek się odwróci, pójdzie sobie gdzieś i wtedy myk myk flesza włączę.
Nie, nic z tego.
Stał cały czas, wierny żołnierz Rzeczypospolitej i spoglądał surowo. Więc do końca koncertu cykałam beznamiętnie te foty bez lampy, podłamana i pewna, że nic się nie nada do publikacji. Bo w podglądzie widziałam jedynie zamazane plamy.
Zrzuciłam je na lapka dopiero następnego dnia, i bez tego noc była niemal bezsenna, po tylu emocjach i zmęczeniu. Co se bede psuć wrażenia pokoncertowe, myślałam, obejrzę tę sromotę w poniedziałek, gdy nabiorę sił.
I w poniedziałek patrzę i, kurwa, oczom swoim pięknym nie wierzę.
Bo stał się cud.
Chyba nigdy jeszcze, po żadnym koncercie, nie miałam tyle udanych fotek. Byłam przekonana, że wywalę w kosmos wszystkie, jak leci – a tu cudowna siurpryza.
Pojęcia nie mam, naprawdę, jak to możliwe, jak się to stało, że w tych szalonych błyskach ze sceny, w tej świetlnej kanonadzie, mój fotoaparacik dla przedszkolaka spisał się na medal.
No przynajmniej na order z ziemniaka 😀

SAMAEL.

Uffff 😛

I teraz relacja z meet & greet.

Najpierw dopadłam, rzecz jasna, długowłosego blondyna z Diabolical, Carla Stjärnlöva. Tuż przed końcem występu grupy wziął mikrofon i ku ogólnemu zaskoczeniu zaczął nawijać po polsku. Że się cieszą, że przed Samaelem, że dziękują za super ciepłe przyjęcie, czy chcemy jeszcze i takietam, ale wsio absolutnie poprawnie. Teraz więc zaczęłam, w swojej naiwności, także mówić po polsku, sądząc, że zna ten język w tył, w przód i na wyrywki i trochę się zdziwiłam, gdy się połapałam, że niekoniecznie 😛 Mam nadzieję, że zrozumiał moją nawijkę, jaki to jest przystojny i że uwielbiam long blond hair i w ogóle 😛

Oto 3 foty z serii znajdź różnice 😛

i autograf od blond przystojniaka:

Anka tym razem także miała prezent dla chłopaków z Samaela 🙂

Chłopakom z Samaela usiłowałam się przypomnieć, że klub Fabryka, 2015 rok, że wtedy czarny fryz z grzywką… i kiedy Xy coś tam, coś tam, że fajna zmiana – postanowiłam wyjaśnić rzecz do końca i opowiedzieć swoje ostatnie 3 lata życia 😛 Że to mój pierwszy koncert po pandemii i chorobie, tu jeszcze mój angielski dawał radę, choć zapomniałam, jak jest „choroba”. Więc z grubej rury, że cancer, operation, chemioterapia i radioterapia, and my new hair, completly different, curly. And I want my hair crazy and cosmic. Xy zapytał, jak się czuję teraz, jak choroba, i ostatnia kretynka zamiast, że better powiedziałam, że bad, ale szybko się poprawiłam, że ok, getting ok.

Dzięki dla Ani P. czyli dziewczyny o czerwonych włosach i fryzurze jeszcze chyba lepszej niż moja – za uczynne focenie 🙂
Dzięki dla chłopaków, znajomych Doroty, kumpli najsuper na świecie. Pilnowali mi piwa, kurtki i plecaka i nie zapomnieli o mnie, gdy postanowili się przemieścić. Grzecznie podali plecak, a miły Pan Ochroniarz schował go sprytnie po drugiej stronie barierek i obiecał oddać po koncercie. Kurtkę z lumpeksu zostawiłam w „loży” najbliżej sceny i zgodnie z oczekiwaniami czekała na mnie w tym samym miejscu po koncercie.
Plecak też wrócił w moje łapki.
Ogromne, ogromniaste dzięki dla Doroty za całokształt, ale przede wszystkim za wsparcie finansowe, ponieważ nieoczekiwanie większość mojej kasy zabranej na koncert pochłonął przejazd taksówką z Ludwinowa na Skarżyńskiego. W życiu tyle za taksę nie zapłaciłam, pan z RadioTaksi 919 tłumaczył, że niedziela i taryfa nr 2, ale przeca jeździłam taksówkami i w niedziele i nocą ostatnio i takiej kwoty nikt mi nie krzyknął. Już po powrocie sprawdziłam cennik i się okazało, że faktycznie, korporacja do najtańszych nie należy, szczególnie w niedziele i po 22giej stawka jest wysoka, więc bez żalu wywaliłam z komórki ich numer i wpisałam próbnie Taksi Mega.
Dzięki jeszcze raz, Dorota, za wszystkie ciepłe słowa, za piwo i kasę na powrót do domu ❤ Za cały ten szalony wieczór z Samaelem, bez Ciebie by się nie wydarzył ❤

PS. A słuch mi wraca powoli… 😉

Jeszcze od SamaelUnitedForcesPL koncert na YT.

PS2.
W poniedziałek, dzień po koncercie miałam kontrolne USG i trochę się dygałam, bo babeczka wykonująca kilka dni wcześniej mammografię nie chciała mi podać wyniku, że to tylko lekarz prowadzący podczas wizyty. I coś tam szeptała z drugą lasencją, że aha, a to poprzednie badanie wyszło dobrze, tak? Więc moje dyganie było uzasadnione.
Gostek od USG, chyba ten sam co w marcu, rozwiał wszystkie moje obawy. Bez problemu, nawet bez proszenia, sam z siebie podał wynik i właśnie wykonanego badania i tego mammo, bo akurat widział je na lapku. Wszystko ok, żadnych niepokojących zmian, żadnych podejrzeń wznowy czy przerzutów. Wsio git.
Tak więc ten dzień pokoncertowy, wciąż pełen dzikich wrażeń i emocji, stał się jeszcze bardziej radosny. Po prostu cudowny, zajebisty fchuj.
Wieczorem wkroczyłam więc z butelką kawówki do mieszkania zaprzyjaźnionej sąsiadki, która akurat grała w kanastę z 3 statecznymi kobietami w jej wieku, a widziałam je pierwszy raz na oczy.
Nic to, za moment wszystkie, wraz z 90letnią mamą gospodyni piły moje zdrowie. I życzliwie słuchały opowieści o koncercie Samaela 😀

foto od SamaelUnitedForcesPL.

więcej w tej kategorii: https://drzoanna.wordpress.com/category/koncerty-spis-tresci/